Zamieszczam tutaj mój tekst, który napisałem kilka tygodni temu. To mój debiut i zdaję sobie sprawę, że może zawierać sporo błędów i niedociągnięć. Wyłapałem ich tyle, ile mogłem i teraz proszę o krytykę. To tylko fragment większej całości i jeśli opowiadanie okaże się dobre, to dopiszę dalszą część. Tylko nie bijcie!!!
Chłopiec nazywał się Christopher Murphy i aż do ukończenia trzynastu lat wcale nie zdawał sobie sprawy, że coś może być z nim nie tak. Podobnie było z jego rodzicami, chociaż być może oni wyrobili sobie przez lata selektywną ślepotę i pewnych rzeczy widzieć po prostu nie chcieli. Chris (dla babci Chrissy, co nieodmiennie wywoływało u niego furię) był spokojnym, niewyróżniającym się z tłumu dzieckiem, pochodząym z wyższej klasy społecznej. Nie wyróżniał się wzrostem ani posturą, ale miał orlo wyglądające rysy twarzy, które nadawały jej inteligencji. Po dłuższej obserwacji można by dostrzec w jego spojrzeniu butny wyraz, ale na oko był jeszcze jednym dobrze ułożonym, niesprawiającym problemów(lub, jak powiedzieliby niektórzy, nudnym) uczniem podążającym w ten poranek do Archbishop Ilsley College (szkoły pieczołowicie wybranej przez ojca, który nie chciał, aby jego syn musiał się zadawać z różnego rodzaju "nieodpowiednią" młodzieżą) lub "Archies" jak nazywali ją uczniowie. Chociaż placówka głosiła hasła pełne tolerancji, to tak naprawdę smutna prawda była taka, że każdy z 700 studentów był białym Anglikiem i była to jedna z ostatnich tego typu ostoi na Wyspach. Nie będzie więc zatem zaskoczeniem fakt, że idący właśnie chodnikiem potomek państwa Murphych był ostatnią osobą, którą można by podejrzewać o magiczne zdolności.
Słońce ledwo prześwitywało zza grubej warstwy ciemnoszarych chmur płynących ciężko po niebie. Zapowiadało się na niezłą burzę. Nie był to dobry dzień na siedzenie w klasie, ale przynajmniej nie miało się wrażenia straty i marnowania czasu, jak w czasie słonecznego dnia. W gruncie rzeczy Chris nie miał nic przeciwko takiej pogodzie. Deszcz nadawał światu pewną dozę tajemniczości. Zawsze w czasie deszczu miał wrażenie, że pod powłoką racjonalnego pojmowania świata jest coś jeszcze, nieuchwytnego, czającego się tuż poza naszym zasięgiem. Ale brakowało mu osoby, z którą tą myślą mógłby się podzielić, bo nie był nią żaden z jego pragmatycznych rodziców, którzy odnieśli sukces, ani nudnych kolegów w nudnej (i mającej zasady, jak lubił mówić jego ojciec) Archbishop Ilsley. Czuł, że mógłby być kimś innym, niż rodzice, a jego życie mogłoby się potoczyć inaczej. Problem polegał na tym, że otoczenie na tego rodzaju "inność" nie zezwalało. Jak mawiał pan Murphy, w prawdziwym świecie nie możesz...
-...bujać w obłokach! - powiedziała nauczycielka, pani McMahon, sprowadzając chłopca brutalnie na ziemię.
-Słucham? - zapytał przerywając kontemplację widoku za oknem.
-Mówiłam właśnie, młody człowieku, że powinieneś przestać bujać w obłokach i skoncenrować się na lekcji!
Właśnie upłynęło dwadzieścia minut francuskiego, na którym były właśnie wałkowane śmiertelnie nudne zasady dotyczące sposobu zamiany różnych rodzajów czasowników na czas przeszły.
-Bardzo przepraszam - rzekł Chris. Wiedział, że pani McMahon jest mu skłonna wybaczyć wiele, jak wszyscy pedagodzy. Mieli o nim dobrą opinię, bo zazwyczaj był kulturalny i skoncentrowany, a to, łącznie z twardym stąpaniem po ziemi było w tej placówce w cenie. Pani McMahon miała czarne, ciasno upięte w kok włosy, okulary w ozdobnych oprawkach i surowy wyraz twarzy. Nauczała francuskiego od wielu lat, ale nikt nie potrafił powiedzieć o niej niczego więcej; nie szukała rozgłosu.
-Na przyszłości radziłabym więcej skupienia. Nie zdajesz sobie chyba sprawy, jak bardzo język obcy jest ważny dla Twojej przyszłości - odparła opryskliwie ku jego zaskoczeniu. Narastała w nim irytacja. Przecież tylko się na chwilę zamyślił!
-Co za brak dobrych manier!
Ostatnie zdanie wzbudziło w nim prawdziwą wściekłość. "O co chodzi tej nadętej francuskiej żabie!"- pomyślał. Coś w jego wyrazie twarzy sprawiło, że pani McMahon dodała:
-Czy masz coś do powiedzenia, bezczelny młody człowieku?
W środku aż się gotował ze złości. Gwałtowność tego uczucia zdumiała go, bo nie był typem człowieka, który tak by się denerwował. Ten cały gniew nie zdawał się należeć wyłącznie do niego... "Przecież możesz się jej postawić" - pojawiła się w jego głowie myśl. "Przecież możesz jej coś zrobić. Upokorzyć. Wiesz o tym. Masz to w sobie. No dalej, działaj, niszcz, zadaj jej ból". Wyobraził sobie, że podnosi swoją rękę, wypowiada kilka słów. Pani McMahon osuwa się na ścianę. "Uwolnij mnie" - podpowiedział posłusznie głos. "Poczujesz ulgę" - kusił.
Chris zdał sobie sprawę, że jego ręce drżą i coś dzieje się z oczami. Wiedział, że kilkunastu dobrze wychowanych nudziarzy patrzy na niego ukradkiem z zaciekawieniem. Wiedział, że pod tą maską ogłady wszyscy żywią ciche pragnienie, aby upadł, został upokorzony, zniszczony. Jego myśli były jasne jak nigdy i dostrzegał niesamowicie dużo, zdawał się czytać im wszystkim w myślach.
Nie był pewny, co mógłby zrobić, ale zdawał sobie sprawę z jednego: musi się opanować, zanim przekroczy granicę i zrobi coś głupiego. Powoli jego ręce wracały do normy. Wziął głęboki oddech, uspokoił się (nagle znów poczuł przypływ uczucia, które zdawało się nie pochodzić od niego - tym razem był to zawód i rozczarowanie) i powiedział:
-Nie, nic, proszę pani. - Nie oczekiwał, że ta lakoniczna odpowiedź ją usatysfakcjonuję i był pewny, że ta bezsensowna wymiana zdań będzie trwać, ale ku jego zaskoczeniu nauczycielka nie powiedziała nic, tylko przez chwilę wpatrywała się w niego zaniepokojona. Po dłuższej pauzie wróciła do lekcji, ale aż do dzwonka wydawała się rozkojarzona, jakby coś ją dręczyło. Kiedy lekcja upłynęła i wszyscy opuścili klasę (Chris pierwszy, nie oglądając się za siebie), pani McMahon, wieloletnia doświadczona nauczycielka, usiadła przy biurku i zaczęła się zastanawiać. Jedna myśl nie dawała jej spokoju. Przez krótką, ale przerażającą chwilę, była pewna, że dostrzegła w oczach Christophera Murphy'ego nagły, jaskrawy błysk czerwieni.
Lunęło. Można by się w tym momencie zadumać nad złośliwością i perfidią angielskiej pogody, która wybrała sobie akurat moment rozpoczęcia lunchu na tego typu wybryki. Było dwadzieścia po drugiej i wszystkich czekało czterdzieści minut przerwy. Dla Chrisa i pozostałych z roku dziewiątego to miała być chwila wolności i odmiany po nudnej lekcji francuskiego. Właściwie nie była tak beznadziejna, jak mogłaby być, ponieważ, jak mówili niektórzy, "Murphy'emu odbiła palma". Kiedy Chris szedł przez deszcz, osłaniając głowę marynarką (elementem beznadziejnego szkolnego uniformu) słyszał za sobą kilka złośliwych szeptów, a nawet wybuch powstrzymywanego śmiechu. Słyszał to wszystko, ale nie zwracał na nic uwagi, bo był pogrążony w myślach, a żadna z nich nie była wesoła. Ciężkie krople deszczu spadały na ziemię i uczniów, którzy z pewnością nie witali ich z radością. Kiedy podążał do biblioteki (a zazwyczaj spędzał tam lunch, zwłaszcza w takie dni jak ten) dochodził właśnie do smutnego wniosku, że być może zaczyna wariować.
-Witaj, Christopherze! Nie wyglądasz zbyt dobrze, czy coś się stało? - powitała go bibliotekarka, pani Lewis. Była starą, można by rzec, zasuszoną kobieciną, która dysponowała niespożytą energią, jeśli chodziło o opiekę nad księgozbiorem. Poza nimi dwoma w bibliotece był jeszcze jakiś chudzielec, który zaszył się w kącie. To miejsce nie cieszyło się wielką popularnością w czasie lunchu.
-To przez tę pogodę - wyjaśnił.- Faktycznie trochę źle się czułem. Ale już mi lepiej, niech się pani nie martwi.
-No cóż, miło mi to słyszeć. Czy mogę coś dla ciebie zrobić?
Lubiła chłopca, chociaż zawsze wyczuwała pewien dystans między nim a rówieśnikami. Ale dla niej był po prostu dobrze wychowanym dzieckiem, co stanowiło na tym świecie rzadkość, nawet tutaj. Dziś wydawał jej się czymś pochłonięty, nie zdawał się jej słuchać, ale postanowiła nie zwracać na to uwagi.
Wargi Chrisa zaczęły już formować głoskę "N", ale coś przyszło mu do głowy.
-Eee... Właściwie to yyy... Szukam książek na pewien temat... - powiedział niepewnie.
-O co chodzi?
-Czy dysponuję pani jakimiś dziełami na temat... ehm... magii?
-Magia? Nigdy nie interesowałeś się niczym takim - nie zdołała ukryć zaskoczenia.
-To nie tak, to znaczy... mam przygotować pracę na temat magii i...- zawahał się- ...wierzeń jej dotyczących w średniowiecznej Anglii.
Wiedziała, że kłamie, ale czuła, że nie powinna w to wnikać.
-Oczywiście powinnam coś znaleźć, ale to może mi chwilę zająć.
-W międzyczasie powinieneś czegoś poszukać przez internet - rzekła, wskazując na rząd komputerów na drugim końcu pomieszczenia. - Na pewno znajdziesz tam więcej, niż wśród książek.
Powiedziała to niechętnie, ale była to prawda. Żadna biblioteka nie mogła się równać z siecią pod względem wyszukiwania informacji.
-No dobrze... Dziękuję - uśmiechnął się blado, a raczej skrzywił tylko kącik ust. Pani Lewis pomyślała, że powinna raz jeszcze zapytać, nic mu nie jest, ale ponownie dała sobie spokój i poszła w kierunku działu historycznego, zastanawiając się, jak może taka książka o magii wyglądać. Chłopiec zatrzymał ją.
-Ach, jeszcze jedno...
-Tak?
Dostrzegła w jego twarzy niepewność, ale pod spodem było coś jeszcze, coś ukrytego i
(obcego, tak, obcego)
ledwo widocznego.
-Jestem zainteresowany czymś z zakresu czarnej magii.
Tak jak przypuszczał nie znalazł przez internet tego czego szukał. Właściwie to zbytnio się nawet nie starał i przez te dziesięć minut, kiedy pani Lewis szukała materiałów, o które mu chodziło, jego umysł zajęty był rozmyślaniem, o tym, czego omal nie zrobił niecałą godzinę temu. Nigdy
(naprawdę?! chyba nie jesteś ze sobą do końca szczery)
nie czuł niczego takiego. Miał ochotę zabić nauczycielkę. Miał ochotę ją zabić i co gorsza - wiedział, jak to zrobić. Wspomnienia na ten temat były dziwnie rozmyte, niedokładne, jakby wszystko wydarzyło się parę lat temu. Jedyne co pamiętał, to gniew, niepohamowana wściekłość. Był zaszokowany tym, że potrafił odczuwać tyle nienawiści i to bez jakiegoś szczególnego powodu. Gdyby się na czas nie opanował...
"Co się z tobą do cholery dzieję?" - pomyślał. "Tracę nad sobą kontrolę i...
No właśnie, co? Chyba nie chcesz sobie wmówić, że to było... paranormalne doświadczenie. Nigdy. Nie ty."
Ale serce podpowiadało coś innego. W tamtej chwili, kiedy wyobrażał sobie, że robi...coś pani McMahon poczuł się, jakby podrapał się w od dawna swędzące miejsce. Ale teraz to znów swędziało, wołało go, zachęcało go, zadawało pytania cichym głosikiem
(dlaczego poprosiłeś o te książki? chyba już wiesz, prawda?)
prosiło, aby dał upust emocjom, żeby poszedł za głosem serca. Na myśl przychodziły mu zakapturzone postaci pełne dostojeństwa, ludzie (jeśli byli ludźmi), którzy posiadali moc, byli wybrani, szczególni. Magia...czy o to właśnie chodziło? Czy to możliwe aby był... Ale nawet jeśli, nawet jeśli posiada moc, dlaczego odczuwa taką pokusę, aby zadawać ból, żeby
(jestem zainteresowany czymś z zakresu czarnej magii)
szkodzić? Teraz, uświadomiwszy sobie kilka rzeczy, wyciągał na wierzch zapomniane wydawałoby się wspomnienia. Ojciec i matka, kłócący się
(to bękart!)[)
o niego, o to, że
(zabił psa)
zrobił coś złego, nieodpowiedniego. Nieznajomy o bladej twarzy i władczym
(on nie należy do was!)
spojrzeniu. Wszystkie elementy jakiejś dziwnej układanki zdawały się do siebie dopasowywać. Rozumiał coraz więcej i...
-Oto i twoje książki!
Podskoczył jak oparzony. Odruchowo wyciągnął rękę. Palce zdawały się same wiedzieć co mają robić, jak gdyby były szkolone latami. Wykonał skomplikowany gest i grube tomiszcze podniosło się z półki za plecami pani Lewis, a sekundę później poszybowało w jej stronę i z potworną siłą uderzyło ją w tył głowy.
-Chri... - próbowała jeszcze powiedzieć, zanim rozległ się odgłos pękającej czaszki. Osunęła się jak martwa (jak!? dobre sobie, ona była martwa zanim jej ciało dotknęło podłogi) na ziemię. Chris czuł, że czekał na ten moment latami, że to coś siedzące w jego głowie zostało w końcu zaspokojone (ale nie na długo, och, nie na długo). Działał instynktownie. Rozejrzał się za chudym chłopakiem, którego widział wcześniej w kącie pomieszczenia. Był tu, zbliżał się zaalarmowany dźwiękiem uderzenia.
-P-p-pani L-lew-wis? - wyjąkał.
"Jąkała. Cudownie" - pomyślał Chris (jeśli to był jeszcze on). Spojrzał chłopakowi w oczy i dostrzegł jego słabość, jak bardzo go brzydził! Jeden z wielu chuderlawych, pryszczatych nastolatków, którzy odnajdują rozrywkę w znęcaniu się nad słabszymi. Jak strasznie go nienawidził! Gniew sprawiał wrażenie, jakby wydobywał się każdym porem jego trzynastoletniego ciała. Wiedział już co zrobi. Odpłaci mu. Zada ból. Zniszczy. Wypowiedział jedno gardłowe słowo i w następnej chwili patrzył już oczyma chłopaka. Wyczuwał jego strach, który zaraz przerodzi się w panikę, kiedy chłopak odkryje, że nie ma władzy nad swoim ciałem. Istota będąca w Chrisie wyczuwała żałosność jego istnienia. Zatrząsł się z obrzydzenia. Złość trwała. Za chwilę go zabije, ale najpierw musi coś sprawdzić. Popatrzył na samego siebie, oddalonego o jakieś trzy, może trzy i pół metra. Jego cielesna powłoka miała oczy postawione w słup i szkarłatno czerwone. Wyglądała jak zombie, ale przynajmniej stała w miejscu. W porządku. Może bezpiecznie przenosić się do ciał innych osób, ale musi pamiętać o swoim własnym, bo opuszczone wydaje się całkowicie bezbronne.
Istota zastanawiała się co zrobić z chudzielcem i po chwili znalazła rozwiązanie. Chris uśmiechnął się i zbliżył paznokcie ofiary do jej oczu. Ze zdziwieniem odkrył, że chłopak
(ma na imię Alex i zbliżały się jego urodziny)
wie, co ma się stać i stawia szaleńczy opór. Chris tylko się roześmiał (co w głowie Alexa musiało brzmieć przerażająco). Gdyby ktoś wszedł w tym momenie do biblioteki, zobaczyłby zatrważający i groteskowo wyglądający widok. Chudy, na oko piętnastoletni chłopiec wydrapywał sobie oczy, jednocześnie trzęsąc się z niepohamowanego śmiechu. Później w jego ręku, jak zaczarowany (to zdecydowanie odpowiednie słowo) pojawił się nóż, którym poderżnął sobie gardło. Na szczęście drzwi biblioteki pozostały zamknięte, a nawet gdyby ktokolwiek powyższą scenę zobaczył, byłby już martwy.
Christopher John Murphy obudził się z dziwnego transu parę minut później, po czym spojrzał na zegarek, odkrywając , że jest już za dwadzieścia druga. Spędził w bibliotece najwyżej 10-13 minut. Urwał mu się film. I dlaczego leżał? Pani Lewis powinna coś zauważyć. Tyle że bibliotekarka nie była już w stanie czegokolwiek spostrzegać. Leżała bez życia niedaleko regału z książkami. Popatrzył na nią zszokowany i wszystko sobie przypomniał. Rozejrzał się za ciałem młodego chłopaka. Leżało cztery metry od niego, straszliwie zmasakrowane, z wyłupionymi oczyma i twarzą zastygłą w wyrazie patologicznej radości. W jednej chwili wykonał odpowiedni gest swoją lewą dłonią i drzwi zostały magicznie zapieczętowane.
"To nie ja, to nie mogłem być ja!!! - myślał panicznie. "Ależ to byłeś ty, ty to zrobiłeś i sprawiło ci to niewysłowioną radość" - odpowiedział głos.
-ZAMKNIJ SIĘ! - ryknął na całe gardło.
"Mogę się uciszyć, ale wiesz, że to nic nie pomoże, wiesz, prawda? Kiedyś odkryją co tu się stało i znajdą cię, a wtedy będziesz musiał zabijać znowu i znowu. Będziemy się świetnie bawić!" . Chris usiadł pod ścianą próbując powstrzymać łzy. Nie udało mu się i rozpłakał się. W gruncie rzeczy był tylko trzynastoletnim chłopcem i nie był przygotowany na tego typu widoki, jak również na straszliwe poczucie winy i odpowiedzialności ciążącej na nim za los dwójki martwych ludzi. Kiedy trochę się uspokoił i powróciły trzeźwe myśli, postanowił przeanalizować swoją sytuację. Z jakiejkolwiek strony by nie patrzył, była ona beznadziejna. Wiedział, że potrafi czarować, chociaż biorąc pod uwagę głos zachęcający go do użycia mocy i dziwne rozdwojenie osobowości, nie mógł wykluczyć ewentualności, że jest opętany przez jakiegoś śmiertelnie groźnego czarnoksiężnika. Wskazywał na to fakt, że jego oczy w tajemniczy sposób zmieniły kolor, kiedy ten głodny krwi element jego duszy doszedł do głosu. Wtedy przyszła mu do głowy pewna myśl. Czy potrafił stosować czary bez udziału gniewu i przemocy? Oczywiście zamknął przed chwilą drzwi, ale nie miał pojęcia, skąd pochodzi ta umiejętność. Po prostu pomyślał sobie o tym i wiedział już jak to zrobić. No i dlaczego magia obudziła się w nim dopiero teraz? Pomyślał, że liczba trzynaście jest tu kluczowa ale zaraz odrzucił ten pomysł. Trzynaście lat skończył dziewiętnastego czerwca - prawie mięsiąc temu. Dziś był piętnasty lipca. Data nic mu nie mówiła. O co chodziło? Za dużo pytań, za dużo wątpliwości...
Wstał zmęczony z ziemi i postanowił zrobić pierwszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy, mianowicie zmusić przedmioty do lotu. Wyobraził sobie lewitującą książkę. Nie potrzebował zaklęcia, po prostu wykonał prosty gest symbolizujący podnoszenie. Jak przez mgłę przypomniał sobie trudny ruch, jaki wykonał
(coś wykonało)
aby zabić panią Lewis. Był dużo szybszy i znacznie bardziej drapieżny. Nie dopuszczając do siebie wyrzutów sumienia skoncentrował się. Książka uniosła się w powietrze. Nie opuszczając pierwszej uniósł drugą, a później kolejne. Przy sześciu pojawiła się trudność. Pozwolił im opaść na ziemię i spróbował z całym regałem. Nie udało mu się go ruszyć nawet na centymetr. Widocznie lewitację należało trenować tak samo, jak tężyznę fizyczną. Im więcej ćwiczysz, tym więcej możesz podnieść i ...
-Tak, dokładnie! W pewnych przypadkach magię można porównać do kulturystyki.
Chris odwrócił się bliski ataku serca. Zakapturzony, potężnie zbudowany mężczyzna w dziwnym
(elfim)
płaszczu i z wyglądającą na dębową laską stał przy wejściu. - I nigdy w życiu nie widziałem nikogo tak utalentowanego jak ty, młodzieńcze. Przeciętny trzynastoletni adept byłby co najwyżej zepchnąć jedną z tych książek ze stołu i ty swobodnie je podniosłeś! Aż nie mogę sobie wyobrazić, co potrafi ten drugi!
Chłopiec trzymał rękę za plecami, gotowy do obrony, jeśli nieznajomy postanowił go zaatakować. Pomyślał, że pośle na niego ogień. Wiedział, że mu się uda, ale wątpił, czy miałby szanse w starciu z mężczyzną, który z pewnością był magiem. Po chwili Chris zastanowił się chwilę nad tym, co usłyszał.
-Ten drugi? - zapytał, wciąż czujny.
-Ten, który zabił tę dwójkę - wskazał lekceważąco na zwłoki. - Stworzyłeś niezwykle potężną barierę wokół tych drzwi. Nie było łatwo się tu dostać. Ależ czuć tu magię - dodał.
-Czuć... - zaczął Chris z osłupieniem.
-Magię można wyczuć, tak jak wszystko inne - wyjaśnił nieznajomy. - Zwłaszcza po tym, o się tu wyprawiało.
Faktycznie, chłopiec czuł delikatny zapach, coś w rodzaju ozonu. Powietrze wydawało się gęste i naelektryzowane. Przybysz spojrzał na stolik, gdzie leżały książki przyniesione przez bibliotekarkę. Chris przypomniał sobie, że zdążyła odłożyć je, zanim...
-Ośmielę się stwierdzić, że większość z tych książek to zwykłe śmieci - rzekł mężczyzna. - O ile się na tym znam, a znam się całkiem dobrze, ta zawiera po prostu wskazówki dla początkujących iluzjonistów, nie magów. A ta to zwykła pomoc historyczna. Zobaczmy... ach, ten wolumin nie jest aż tak beznadziejny. Chyba go sobie zatrzymam - szepnął do samego siebie, chowając cienką książeczkę nie posiadającą tytułu tudzież ilustracji na okładce. Był teraz wystawiony na atak, ale chłopak postanowił zaczekać.
-Ale... kim pan właściwie jest? - zapytał niepewnie.
-Na razie możesz mnie nazywać, jak ci się podoba. Nie ujawnię ci mojego prawdziwego imienia, dopóki nie znajdziemy się w bezpiecznym miejscu. W moim świecie imiona mają wielką moc, wiesz? Ty swoje powinieneś zmienić. Co za dziwna kraina, gdzie przydomki są powszechnie dostępne! To zapewne w ten sposób on dostał się do twojego umysłu. Tak między nami dobrze wybrał. W każdym razie musimy się stąd wynosić. Przybyłem tu żeby ci pomóc. I chronić.
-Chronić... przed czym? - zapytał osłupiały Chris, czując dla nieznajomego coraz większą sympatię.
-Och, zwróciłeś na siebie uwagę wielu ludzi. Ktoś z takim potencjałem... Jest nas więcej, niż ci się wydaje i nie wszyscy należą do tych dobrych. Niektórzy liczą na to, że będziesz dla nich robił rzeczy tego rodzaju - znowu wskazał na trupy.
-Ale dlaczego? Dlaczego to robię? Czemu jestem taki zły?
-To nie twoja wina. Postaramy się uwolnić ciebie od wpływów... no, nie mogę ci na razie wszystkiego wyjaśnić. Cieszę się, że nie posiadasz Przekaźnika. Trudniej im będzie cię znaleźć.
Chłopiec zamierzał zapytać, co to jest Przekaźnik, ale dostrzegł laskę maga i chyba zrozumiał.
-Czy to coś w rodzaju... magicznego przedmiotu, który pomaga ci ogniskować magię i używać jej w kontrolowany sposób?
-Ach! Przekonywałem ich jaki jesteś utalentowany. Tak, oczywiście, większość magów potrzebuje Przekaźnika, zazwyczaj jest to laska (i stąd wasze wierzenia na nasz temat) ale ci stosujący czarną magię wolą wybierać coś... powiedzmy bardziej do nich pasującego. I tu dochodzimy do twojej niezwykłości. W dniu trzynastych urodzin każdy, komu jest przeznaczone związać swój los ze sztuką magiczną natrafia na swój Przekaźnik (w gruncie rzeczy nie lubimy tej nazwy, bo brzmi zbyt naukowo, za bardzo... po waszemu, ja nazywam swój po prostu laską) i nie rozstaje się z nim aż do śmierci. Odebranie go oznacza dla maga koniec. Ty trzynaście lat już skończyłeś i ciągle nie posiadasz przekaźnika. Wiesz, co to oznacza? Jesteś pierwszym od czasów średniowiecza człowiekiem, który czaruje używając jedynie swoich rąk. To niebywałe!
Zapadła cisza. Chris zastanawiał się nad tym, co przed chwilą usłyszał. Zawsze myślał o tym, aby być kimś więcej, niż zwykłym człowiekiem. I oto było: spełnienie jego marzeń, ale on ciągle się zastanawiał. Ciągle dręczyły go wyrzuty sumienia i podejrzliwość spowodowana tym, iż stojący przed nim człowiek próbował bagatelizować podwójne morderstwo.
-Wcale nie! - podniósł głos przybysz, który najwyraźniej był zdolny do czytania w myślach. - To nie jesteś ty, posłuchaj mnie, bardzo potężna istota zagnieździła się w twoim umyśle zdając sobie sprawę jak bardzo nieprzeciętne posiadasz zdolności. Postaramy się uwolnić cię od jej wpływów i zrealizować cały twój potencjał. To wszystko, co mogę ci w tym momencie powiedzieć. Teraz nadchodzi moment wyboru. Możesz pójść ze mną i wieść życie o jakim zawsze marzyłeś. Albo możesz zaczekać tutaj i napotkać magów, którzy nie dadzą ci wyboru. Nie obiecuję ci, chłopcze, że będzie łatwo, ale rozwijanie tej niesamowitej mocy, którą posiadasz jest z pewnością lepsze, niż wieczne uciekanie i bycie odmieńcem. Wybieraj.
Mężczyzna podniósł wzrok i Chris po raz pierwszy w pełni zobaczył jego twarz. Miał zielone oczy i twarz pełną zmarszczek. Wyglądał na człowieka, który widział już w życiu wszystko. Popatrzył na niego uważnie. Nagle, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, gniew się obudził. Poczuł odrazę do tego człowieka, do głupca, który chciał odwieść go od zabijania, którego smak wreszcie poznał i pokochał. Ale tym razem próbował stawić opór. Nieznajomy spojrzał w jego oczy płonące czerwienią i krzyknął rozkazującym głosem:
-Walcz! Walcz! Masz to w sobie! Wiem o tym! Walcz!
I chłopiec walczył. Łzy płynęły po jego policzkach, kiedy widział w swojej głowie obrazy bibliotekarki i biednego, bezbronnego chłopaka, który nie miał oczu. Obydwoje przemówili
(ty nas zabiłeś! powinieneś na zawsze zniknąć z tego świata! odmieniec! bękart! dziwadło! morderca!)
ale on walczył. I wygrał. Powoli jego oczy przybrały normalny, niebieski kolor i chłopak przytulił człowieka, którego poznał przed kwadransem mocniej, niż kiedykolwiek przytulił swojego wiecznie zajętego ojca, mocniej niż kogokolwiek w swoim życiu.
-Zabierz mnie stąd - wyszeptał.
-Wybrałeś dobrze, Christopherze - odparł mężczyzna. - Będziesz wielki, przysięgam, widzę to w tobie. A teraz poznaj świat, gdzie magia nie jest występkiem, tylko powodem do dumy.
I zabrał go w miejsce, gdzie żaden ze zwykłych śmiertelników nie ma prawa wstępu.
Dołączyła: 14 Maj 2006 Posty: 652 Skąd: z wyspy piratów
Wysłany: 2007-08-26, 16:48
To ja zacznę
Po 1.
Coś mi nie pasuje w początku opowiadania. Wydaje mi sie ze lepiej by brzmiał po wykreśleniu "Chłopiec nazywał się" wtedy początek brzmiałby "Christopher Murphy aż do ukończenia trzynastu lat..." lub jeszcze prościej "Chris aż do ukończenia trzynastu lat..." wtedy początek jest prostszy nie ma potrzeby ulepszania na sile pozatym widzimy czytając ze jest on chłopcem
2.
Unikaj tak częstego używania nawiasów, bo to wybija rytm czytania i czasem zasypuje czytającego niepotrzebnym informacjami
3.
Jakie to są "orlo wyglądające rysy twarzy"?? wiem ze jest orli nos, ale rysy?? zastąpiłabym to " miał ostre rysy twarzy"
4. zwracaj uwagę na powtórzenia
5.
W niektórych zdaniach używasz niepotrzebnych wyrazów np. "Nie będzie, więc zatem zaskoczeniem fakt, że idący właśnie chodnikiem potomek państwa Murphych..." wg mnie słowo, „zatem" jest tu zbędne.
Zwracaj tez uwagę na styl i staraj się sie nie, urzywac zdań wielokrotnie złożonych.
6.
Opinia końcowa
Bardzo fajne opowiadanko zwłaszcza ze jak widzę masz 15 lat
Czyta sie lekko, ciekawy pomysł historii, który wciąga. Cos jak Harry Potter
Ja stawiam 4+ no 5-
_________________ "Piętnastu chłopa na umrzyka skrzyni
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum